środa, 8 lipica 2009 22:01:57

Zły



"Jam jest częścią tej siły, która zło czyniąc, wiecznie dobra pragnie."
Faust, J. W. Goethe




Porywisty, zimny wiatr rozwiewał jej kasztanowe włosy na wszystkie strony, a deszcz niemiłosiernie siekał po twarzy. Niebo raz po raz przecinały błyskawice. Jak była mała, bardzo bała się burz. Mama wtedy jej mówiła, że aniołowie i święci urządzają sobie wtedy sesję fotograficzną, a boski fotograf błyska na fleszem na wszystkie strony. Sama ta wizja sprawiała, że na jej usta wpływał uśmiech, a na sercu robiło się cieplej. Od tamtej pory za każdym razem podczas burzy przypominała sobie tę historię i było jej łatwiej zmierzyć się z własnym lękiem, który z biegiem lat zaczęła oswajać. Teraz się już nie bała.
Nagle poczuła niesamowitą chęć wyartykułowania emocji jakich nią targały. Wyzwolona od strachu uniosła ręce do góry i krzyknęła głośno, lecz słowa porwał potężny grzmot. Piorun uderzył w pobliskie drzewo rozrywając je na dwie części. Jedna zaczęła się palić od razu, a drugą ogień zaczął trawić dopiero po kilku minutach.
W świetle kolejnej błyskawicy na horyzoncie pojawiła się oczekiwana sylwetka. Wysoki mężczyzna miał na sobie długi, czarny płaszcz, który targany przez żywioł sprawiał wrażenie trzepoczących na wietrze skrzydeł. Trochę jak Neo. Uśmiechnęła się do własnych, co najmniej obrazoburczych myśli. Gdy podszedł bliżej, mogła mu się uważniej przyjrzeć. Wyglądał dokładnie tak, jak sobie go wyobrażała: nieco za długie czarne włosy, które przesłaniały znaczną część twarzy, w tym błyszczące oczy w kolorze szmaragdów. Gdy na nią patrzył, czuła się jakby penetrował jej duszę. Twarz naznaczona była kilkoma bruzdami. Jednak nie były one wynikiem upływu lat, a jedynie stoczonych w przeszłości potyczek. Dobrze zbudowany, męski, z odrobiną tajemnicy. Ideał faceta. Ale czegóż innego mogłaby się spodziewać po piekielnym władcy?
- Wiesz, czego chcę? – spytała odgarniając kosmyk mokrych włosów, który przykleił się jej do twarzy. Pojedyncze krople spływały po czole i policzkach, niektóre zaś kapały z jej nienagannie wyrzeźbionego przez chirurga plastyka nosa.
- Wiem. A czy ty wiesz, jaką cenę za to zapłacisz? - Jego głos przenikał całe jej ciało. W odpowiedzi skinęła nieznacznie głową, jakby przypominając sobie po co się tutaj zjawiła.
Bez zastanowienia wyciągnął z jednej z licznych kieszeni płaszcza fiolkę, powieszoną na srebrnym łańcuszku, która zaczęła nieposłusznie miotać się na wietrze. Podał jej cenną miksturę, której barwa oscylowała wokół błękitu, fioletu i różu. Wydawała się jarzyć mglistą poświatą.
Mężczyzna odwrócił się i już miał odejść, gdy dziewczyna ocknęła się z oszołomienia i zapytała:
- A cyrograf?
- A, tak… Cyrograf… - mruknął pod nosem starając się ukryć swoje zażenowanie.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki natychmiast przestało padać. Wyciągnął zza pazuchy pergamin i krucze pióro, a następnie podał jej. Dziewczyna, tak jak powinna, przekłuła palec lewej ręki i podpisała imieniem i nazwiskiem w wykropkowanym miejscu.
Mężczyzna schował cyrograf, odwrócił się i odszedł niespiesznym krokiem bez słowa. Gdy błyskawica rozświetliła niebo, już go nie było.



Dziewczyna wracając do mieszkania rozmyślała nad tym, czy mogłaby poderwać samego diabła. Jednak gdy przekręcała kluczyk w drzwiach, jej myśli zajęło jedno pytanie. Mianowicie: "Czy on już jest?". Cichy chrzęst, potem skrzypienie nieoliwionych od lat drzwi. Na pamięć zapaliła światło w przedpokoju. Automatycznie spojrzała na wieszak i szafkę pod nim, a na jej usta wpłynął wyraz rozgoryczenia. Zsunęła przemoknięty do ostatniej nitki płaszcz z ramion i rzuciła go niedbale na szafkę. Omiotła spojrzeniem schludny, utrzymany w modernistycznej konwencji salon. Posłała spojrzenie w stronę zabytkowego zegara wiszącego w kuchni. Wskazywał kilka minut po pierwszej, a jego wciąż nie było. Skierowała swe kroki w stronę łazienki. Tak, gorąca kąpiel to jest właśnie to, czego mi w tej chwili potrzeba.
Po relaksującej wizycie w łazience, przebrała się w koszulkę nocną, schowała cenną fiolkę do szafki stojącej koło łóżka i zasnęła.
Nie obudziła się, gdy wrócił przed świtem. Jak szykowała się do pracy, on spał jak zabity. Wyszła na palcach z mieszkania i cichutko zamknęła za sobą drzwi, uprzednio włożywszy fiolkę do torebki.
W pracy chodziła zamyślona, uśmiechała się do siebie i pieszczotliwie gładziła torebkę. Tam był jej skarb. Skarb, za który zapłaciła najwyższą cenę – duszę.
Do biura weszła jej koleżanka. Właściwie nawet nie pamiętała jej imienia, ale były na „cześć”. Po zwyczajowej wymianie grzeczności, kobieta odważyła się wyznać:
- Wiesz... - zaczęła prawie nieznajoma niepewnym, drżącym głosem - Jest chyba coś, o czym powinnaś wiedzieć.



Po powrocie z pracy miotała się bezcelowo po mieszkaniu rozpaczliwie poszukując rozwiązania. Gdy jej chłopak po północy wciąż nie wracał, już wiedziała, co zrobi.



Po raz kolejny wrócił nad ranem. Co prawda nie włączył światła, ale nie starał się zachowywać specjalnie cicho. Zresztą. Ona i tak mu wybaczy. Zawsze wybacza. Nie ważne jak pijany by wrócił, nie ważne co robił poza domem do rana. Ona go kocha.
Szedł po omacku do łóżka, gdy nagle potknął się o coś i wyłożył jak długi na ziemi.
- Co do cholery?! - wrzasnął dość ordynarnie. Po chwili ktoś włączył światło. Siedziała w fotelu, ubrana i trzymała coś w ręku.
- Wyjdź stąd i nigdy nie wracaj. - powiedziała zimnym głosem, ze stanowczością, jakiej nigdy wcześniej u niej nie widział.
- Ależ kochanie, ty chyba żartujesz… - szare komórki, nieco przytępione przez zbyt dużą ilość alkoholu, mozolnie próbowały ułożyć jakąś linię obrony. Co jej powiedzieć, żeby się nie gniewała? Z zamyślenia jednak wyrwał go jej głos, jeszcze bardziej nie znoszący sprzeciwu niż przed chwilą.
- Już cię spakowałam. – stwierdziła wskazując nieznacznym ruchem ręki walizki, o które się potknął. Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Kochanie, ja się poprawię, tylko mnie nie wyrzucaj. Przecież wiesz, że bardzo cię kocham. – uśmiechnął się do niej w taki sposób, w jaki zawsze się uśmiechał, gdy coś przeskrobał. Wiedział, jak to na nią działa. Zawsze mu wybacza. Zawsze.
Diabeł widząc, co się święci, pojawił się znikąd, stanął po jej lewej stronie i zaczął szeptać do ucha:
- Nie wyrzucaj go… Daj mu wypić eliksir i na zawsze pozostanie twój. Albo, jeśli chcesz się zemścić, przywiąż do siebie i dopiero później go wyrzuć… Niech cierpi, tak jak ty cierpiałaś. Nie po to poświęciłaś duszę, żeby teraz zmarnować fiolkę. - Jego głos był równie przenikliwy jak uprzednio. Jednak teraz jej duszą władało co innego.
- Idź do diabła – syknęła przez zęby.




Lucyfer z odrobiną niedowierzania patrzył, jak były mieszkaniec zabytkowej kamienicy, wychodzi z niej niczym zbity pies. Nagle, obok niego pojawił się chłopak. Właściwie nie wyróżniał się niczym szczególnym i w ulicznym tłoku pewnie nikt nie zwróciłby na niego uwagi.
- Wiesz, że jeśli nie wykorzysta eliksiru, wszystko przepadnie? – spytał Pana Piekła.
- Wiem. – odparł Szatan.
- Luciu, mogę ci zadać pytanie?
- Mhm…
- Po co to wszystko?
Lucyfer spojrzał na niego pytająco.
- Burza, cyrograf, płaszcz, fiolka. Przecież to wszystko… - nie zdążył dokończyć wyliczanki, bowiem rozmówca wciął mu się w pół zdania.
- Widzisz… Ja jestem taki, jakim chcą mnie widzieć ludzie. Jak zareagowaliby na Szatana, Pana Piekła, Upadłego Anioła, który wyglądałby jak staruszek i lubiłby sobie popykać fajkę przy kominku? Ludzie dostają takiego diabła, jakiego chcą. Ona chciała mężczyzny w czarnym płaszczu, z cyrografem i fiolką… Tak samo, jak ciebie ubierają w lśniące szaty, nad głową widzą aureolę, a w rękę wkładają miecz, Gabrielu.



Wyszła z mieszkania, żeby przejść się po mieście. Musiała się przewietrzyć, oswoić z nieznaną jej dotąd samotnością. Zarówno ulice jak i budynki skąpane były w promieniach nieśmiało wschodzącego słońca. O dziwo była spokojna i całkowicie panowała nad sobą. Weszła na most, którym przejeżdżała niejednokrotnie. Jednak dopiero teraz miała chwilę, aby mu się przyjrzeć. Stary, z dostojnymi kolumnami. Zapewne nosił imię jednego z noblistów, bądź też 'bohaterów ojczyzny'. Nawet się jej spodobał. Jednak nie przyszła tu dywagować nad pięknem architektonicznym. Podeszła do barierki i spojrzała w dół. Rzeka płynęła wartkim nurtem. Po chwili wzięła szeroki zamach i cisnęła cenną fiolką jak najdalej potrafiła. Przez chwilę przyglądała się rzecznej wędrówce mikstury, jednak po kilku minutach oderwała spojrzenie od rzeki. Odwróciła się i poszła przed siebie. Rozpocząć nowe życie.
Stojący nieopodal staruszek wyjął z ust fajkę i mruknął do siebie pod białym wąsem:
- Dobra dziewczynka.